TEMAT NADOBOWIĄZKOWY

linia

Do licznych, ciążących na nas jako narodzie wybranym obowiązków doszedł jeszcze jeden: obowiązek bycia dowcipnym. Pierwsi temu niełatwemu zadaniu stawili czoła nasi politycy. Wpatrzeni w przekazy telewizyjne przedstawiające administrację Clintona, powoli przejmowali ten niewymuszony luz i dezynwolturę, poklepując się po plecach, trzymając rękę w kieszeni i szpikując oficjalne wystąpienia żartami na tematy aktualne. W zasadzie większość polityków stała się już dzisiaj rozpoznawalna poprzez rodzaj i jakość stosowanych dowcipów. Wiadomo kto posługuje się subtelnymi lekko erotycznymi aluzjami. Kto złośliwie przypomina PRL-owską frazeologię, a kto bez ogródek zachwala Magadaskar jako idealne miejsce przeznaczenia dla pewnych mniejszości narodowych.

WIĘCEJ CZADU...? Zdjęcie: Marcin Kaniak

Niestety infekcja ta zaatakowała też i dziennikarzy. Oni również nie szczędzą wysiłków, by zyskać w środowisku opinię przewrotnego kpiarza posługującego się zabójczą ironią. Pierwszy z brzegu przykład. Ukazała się w Gazecie Wyborczej recenzje z wydanej w USA książki "My Home in Poland". "Dzieło" to prezentuje obraz Polski rustykalnej żywcem wyjętej z Konopielki Redlińskiego, gdzie stateczni oracze rozwiązują swe komunikacyjno-transportowe problemy za pomocą niezawodnych furmanek, za to rozpasana młodzież (Manya, Józef i Karol) ostentacyjnie rozbija się rowerami. Jest jednak w tej książce coś z pionierskiego amerykańskiego ducha. Polacy bowiem trudnią się głównie karczowaniem puszczy w celu pozyskania czystego ekologicznie paliwa do pieców. Ta kuriozalna pozycja została przyjęta w kraju ze zrozumiałym oburzeniem. Pani Anna Semkowicz z programu III PR straciła nawet na parę minut oddech gdy wspomniała o tej narodowej hańbie. Mnie jednak zastanowiło coś innego. Otóż tytuł tej recenzji brzmi: "Polska a`la Podkański". Nie ma co ukrywać, że jest w tym kraju parę osób, które komentując ekscentryczne wypowiedzi pana ministra zarobiło trochę pieniędzy. Nadużyciem jest jednak kojarzenie jego nazwiska z każdą bzdurą, tym bardziej, że o dziwo przez niego nie wymyśloną. Uważam, że pana ministra stać na własne, równie śmieszne pomysły, po cóż więc ma firmować cudze?

Obowiązek bycia dowcipnym nie zwalnia jednak nikogo z konieczności przestrzegania zasady taktu i wędzidła gdy istnieje prawdopodobieństwo, że możemy naszą pisaniną komuś lub czemuś zaszkodzić. Zasady tej nie zna niestety pani Barbara Jaworska, która w Katowickim dodatku do Gazety (25 stycznia 97, s. 3) dała dowód takiej niewiedzy pisząc reportaż z konkursu na prezentera TV Katowice. Oto fragment:

Reżyserka. Dziesięciu jurorów. Przyglądają się bacznie każdemu kandydatowi na ekranie, wsłuchują się w każde słowo, patrzą na każdy szczegół. Przepytują z języków obcych (... ). Jurorzy są surowi i trochę złośliwi. Ale kandydaci nie słyszą tego, co o nich mówią.

- Zobaczcie, jak on wygląda! Z tym już nic nie zrobimy - krytykuje długowłosego, przystojnego bruneta o miłym głosie Elżbieta Piętak, zastępca dyrektora TV Katowice.

Misiurkiewicz - Wydaje mi się, że ta pani mówi lepiej po angielsku niż po polsku.

Bożena Klimus: Zobaczcie jak skróciła sobie szyję tym dużym, białym kołnierzykiem.

Jacek Skorus - Wstrzymam się od głosu, bo ta ma niezła buzię (... )

Misiurkiewicz - Oj obawiam się, że on ma coś garnitur zębów niepełny.

- Chcesz mieć go jako gościa w domu? - krytykuje też Ewa Kozik (... )

- O, Cristal - wykrzykuje kilka osób na widok Renaty. Rzeczywiście wygląda jak bohaterka "Dynastii" - Ludzie ją pokochają - kiwa głowami jury.

O Chryste! Przepraszam, to już ja. Dłużej się tego czytać nie da. Pani Jaworskiej udała się rzadka sztuka kompromisu. Zrobiła durniów zarówno z uczestników konkursu jak i z telewizyjnego jury. Ci pierwsi wprawdzie nie słyszeli tych opinii ale teraz mogą je sobie spokojnie w rodzinnym gronie przeczytać. Poziom komentarzy zaś wygłaszanych przez telewizyjne gwiazdy odpowiada całkowicie poziomowi prezentowanemu przez TV Katowice.

Używam tu sobie na Wyborczej ile wlezie, ale ja to jestem drobny szczeniak w porównaniu z fachowcami od śmiechu, dla których obowiązek bycia dowcipnym to po prostu zawód. Jest taki program rozrywkowy Cafe Fusy, gdzie kilku panów: Jaroszyński, Daukszewicz, Młynarski, Ogórek, Derfel oraz kelner, który wygląda jakby przez pomyłkę trafił tam z całkiem innego programu bawi się doskonale przy żartach, które sami sobie opowiadają. Panowie owi podrzucają sobie pointy, punktują śmiechem wypowiedzi kolegów (bo głupi widz może czasem nie wiedzieć, że to już koniec), przegryzają ciasteczkami... No jednym słowem impreza robiona w myśl zasady: najważniejsze, żeby gospodarze dobrze się bawili. W jednym z takich programów pan Krzysztof Daukszewicz, powstrzymując się by nie parsknąć śmiechem, opowiadał jak to przeczytał był w Warszawskim wydaniu Gazety o tym, że wskutek policyjnej strzelaniny kula trafiła ofiarę w płuco. Natomiast Olsztyńska mutacja tejże dała tytuł, z którego wynikało, że ofiara otrzymała postrzał w wątrobę. I co wy na to? No nie jest to kupa śmiechu? Ci napisali że w płuco, a tamci że w wątrobę. Wyobrażam sobie jak to ubawiło tego (niewinnie jak się okazało) postrzelonego. Nie ma facet co narzekać. Ostatecznie Daukszewicz mógł mu jeszcze na koniec rzucić: to po coś pan tak jechał jak postrzelony? He, he, he. Koledzy pospadaliby chyba z krzeseł. Gdyby jednak Daukszewicz przetarł załzawione od śmiechu oczy i był w stanie przeczytać ów artykuł, to dowiedziałby się, że: kula zahaczyła o płuco, przebiła wątrobę i jelito grube. Może i lepiej, że nie przeczytał, bo przecież jelito grube to taka śmieszna część ciała, że można wprost paść ze śmiechu.

Nim jednak państwo padniecie - jeszcze jeden artykuł z naszej nieocenionej Gazety w Katowicach (22 stycznia 97, s. 2) przytaczam go w całości. Tytuł: Rektor w dżinsach a oto i treść: Jego Magnificencja rektor Uniwersytetu Śląskiego, profesor Tadeusz Sławek recytował wczoraj w Katowicach poezję Amerykanina Robinsona Jeffersa we własnym przekładzie. Ubrany był w skórzaną brązową kurtkę i dżinsy. Mówił niskim radiowym głosem. Podkład muzyczny na żywo tworzyli Bogdan Mizerski (kontrabas) i Józef Skrzek (instrumenty klawiszowe).

Podobnie jak państwo, ja również czuję pewien niedosyt po przeczytaniu tej notatki. Nie, nie chodzi mi o żadnego Jeffersa - kogo obchodzą jacyś wierszokleci. Nie ma ani słowa o tym jak byli ubrani Mizerski i Skrzek. Ten brak wypaczył mi cały obraz koncertu. Tak już mówiąc całkiem serio, to ja się autorowi kryjącemu się pod inicjałami TB wcale nie dziwię. Ostatecznie ogólnie wiadomo, że prof. Sławek chodzi na codzień w gronostajach. Ozdobnym berłem stuka w plecy kierowcę poganiając go do szybszej jazdy, a biretem przeciera swój rektorski fotel nim usiądzie. Jest to też w końcu jakaś forma odzieży roboczej. TB stosując ten dokładny, policyjny opis wyraża jedynie w ten sposób swoje zdziwienie, które nieobce było panu Jourdain.

Przyznam się, że po tym wszystkim co tak bogato cytowałem z pewnym niepokojem przeczytałem, iż Marian Kisiel był jednym z nominowanych do niezwykle prestiżowej nagrody jaką są "Paszporty Polityki". Nazwano tam Mariana: wschodzącą gwiazdą naszego literaturoznawstwa i krytyki. Pomyślałem sobie: no to już po chłopie! Nie ma siły. Pod pretekstem gratulacji sponiewierają i zagryzą. Przeglądam gazety... Nic. Cisza! Nie zauważyli? Zmowa milczenia? A może po prostu, Marian. Ty nie masz brązowej skórzanej kurtki?

Autorzy: Jerzy Parzniewski, Foto: Marcin Kaniak